Strona:PL Eliza Orzeszkowa - Melancholicy 02.djvu/289

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


jej dzisiejszej toalety. Zenon, prawie nie biorąc udziału w rozmowie, pomyślał:
— Gdyby nie była tak przekwitłą i mało zajmującą, bałamuciłby ją z pewnością tak, jak Rozalię.
Ale po chwili spostrzegł ze zdziwieniem, że Sabina nie poczytywała siebie za tak przekwitłą i mało zajmującą, za jaką on ją miał i jaką była rzeczywiście. Usłużność i grzeczność szwagra wprawiały ją w zachwycenie, błękitne oczy, jeszcze dość piękne, nabrały życia i blasku, parę razy uśmiechnęła się do sąsiada prawie zalotnie. Kurczątko próbowało podlatywać i w połowie obiadu cieniutkim swym głosikiem zaczęło mówić o swojem dawnem zamiłowaniu do muzyki, tańców i strojów.
— Ależ bratowej i teraz także wszystko to się należy! — zawołał Wiktor. — Państwo nie bawicie się tu nigdy! Czy być może? Ależ to dla pań obu jest krzywdą wielką. Trzeba koniecznie, Zeńku, abyś postarał się dom ożywić i postawić go na stopie towarzyskiej... Przecież tu być muszą sąsiedztwa jakieś. Dlaczegóż nie udzielacie się im, nie zbieracie ich u siebie?
Kobiety milczały, Zenon odpowiedział:
— Po pierwsze, sąsiedztwa są tu nieliczne i niezajmujące. A powtóre, gdybyśmy