Strona:PL Eliza Orzeszkowa - Melancholicy 02.djvu/267

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


scenę zbierania się nad morzem ludu, kapłanów i bożków egipskich?
Zenon parsknął śmiechem.
— Mój drogi, jakimże sposobem mógłbym »Aidę« znać ze sceny? Przecież od lat ośmnastu nie byłem w żadnem wielkiem mieście...
— To szkoda! — rzucił Wiktor i, wracając do przechadzki z Rozalią, zaczął opowiadać zdarzenia i anegdoty z życia różnych śpiewaków i śpiewaczek.
Zenon, patrząc na przechadzającą się parę, myślał:
— Ależ on naprawdę zajmuje się Rozalią! Może się z nią ożeni? Kto wie? Są dla siebie stosowni wiekiem...
Rozalia nie była wcale zalotną i nie miała staropanieńskiej śmieszności upatrywania w każdym mężczyźnie wielbiciela lub konkurenta. Jednak zajęcie się nią gościa, widoczne i coraz żywsze, mogło jej pochlebiać i nawet nasuwać przypuszczenie pewnego rodzaju. Stawała się coraz weselszą, mówniejszą, aż przy końcu wieczora Wiktor przysiadł się do Sabiny i dokonał tego prawdziwego cudu, że ją także rozweselił i do mówienia skłonił. Zaczęła trwożliwie i z wahaniem, potem rozgadała się o dzieciach, o domu, o swoim sposobie przepędzania