Strona:PL Eliza Orzeszkowa - Melancholicy 02.djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


swoboda obejścia się objawiała w nim wprawę wielką w załatwianiu interesów, spotkań, rozmów najrozmaitszych. Ubranie, w którem nie chciał ukazywać się damom, istotnie okurzone nieco w drodze, uderzało wytwornością materyału i zgrabnością kroju. Uderzającym był również dźwięk głosu jego, pełen słodyczy i ciepła sympatycznego, które malowały się także w spojrzeniach i uśmiechach.
Zasiadłszy do stołu okrył serwetą przód ubrania i z apetytem zajadał zupę, która wybornie udała się Maryannie, przytem opowiadał różne zdarzenia swojej dość długiej podróży w sposób tak zajmujący i często zabawny, że nawet Sabina przestała lękać się człowieka nieznajomego i troszczyć się o wartość podawanych potraw, ale słuchała go z zajęciem i przyjemnością. Zenon, zupełnie naiwnie i prawie jak dziecko, wybuchał głośnym śmiechem przy każdem trochę dowcipnem słowie brata, ale to w nim było osobliwego, że chociaż śmiał się szczerze, głośno, oczy jego pozostawały na dnie smutnemi. Nalewał do szklanki i kieliszka gościa piwo i wino, które dziś pośpiesznie z miasteczka sprowadził, zachęcał go do jedzenia i picia, przychylony ku niemu, poprostu patrzał mu w oczy. Na to zajęcie nim brata szczególne, gorączkowe, Wiktor prawie nie