Strona:PL Eliza Orzeszkowa - Melancholicy 02.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Uczuł się jednym z atomów, składających te obłoki, tę zorzę, te pola, pomarszczone zagonami, te sosny, poplamione żółtością brzóz i różowością trzmielin.
W tej chwili proces spajania się z tem otoczeniem, rozpoczęty od przybycia do Zapolanki, odbył się w nim ostatecznie. Następstwem zaś jego było to, że pozostał w Zapolance. Gdyby posiadał młodzieńczą wiarę w siebie i w ludzi, byłby może tego nie uczynił; ale, poczuwając się do niejakich zdolności, zwątpił był o ich sile i wadze; a życie napoczęło go już było tym najzjadliwszym ze swych zębów, którym jest rozczarowanie. Taki, jakim był, nie mógł już oderwać się od tego, czego uczuwał się cząstką, ani dla sztuki, ani dla sławy, ani dla szczęścia, w które, o ileby mogło być na ziemi doskonałem, już nie bardzo wierzył. Zawarł tedy układ z bratem i pozostał.
Od tego czasu upłynęło lat ośmnaście. Jak upłynęło? On jeden tylko wiedział, a teraz dopiero dowie się o tem brat jego rodzony, tak dawno niewidziany, że wydawał się snem, widzianym w młodości, wówczas, kiedy to jeszcze było dobrze i była wiara w to, że może być dobrze.
Pisywali do siebie bardzo rzadko, czasem raz na lat parę; jeden o śmierci drugiego