Strona:PL Eliza Orzeszkowa - Melancholicy 02.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Rozalia z wysokości swojej i tonem, nie pozwalającym na sprzeciwienie się żadne, odpowiedziała:
— Sama to zrobię, przyślij mi tylko Kasię!
Sabina wybiegła z pokoju krokiem jeszcze drobniejszym i prędszym niż zwykle; Hornicz schwycił ze stołu stary kapelusz pilśniowy i wybiegł z domu. O urządzenie pokoju dla gościa drogiego i o przyzwoite jego przyjęcie mógł być spokojnym zupełnie, skoro Rozalia wmieszała się w tę sprawę.
Co się tam przy tych robotach biedna Sabinka nadrży i nacierpi, to już rzecz inna i nieunikniona. Ale wzamian można było ręczyć, że robota będzie wykonana dobrze i że zarazem atmosfera domowa rozpogodzi się na czas jakiś.
Bo każda okoliczność, wymagająca pracy, starań, nawet poświęcenia, ilekroć się zdarzyła, przecinała jak nożem zły humor Rozalii. Rozpoczynała czynność w sposób szorstki i despotyczny, ale dalszy jej ciąg stopniowo ją ułagadzał, rozpogadzał, rozpromieniał.
Ruch fizyczny i moralny, zmiana zajęć i wrażeń były fizyczną i moralną potrzebą tego organizmu, który wśród jednostajności dni i otoczenia, podupadał, cierpł i kwaśniał.