Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Jędza.djvu/073

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przyjaźnie! jej tak pochlebne słowa mówiono? Działoż się to doprawdy na jawie?
— Już wiem! — zawołał Stanisław: — Jadzia schudła i dlatego wyładniała.
— Pleciesz! — z przekąsem odrzucił brat — nie dlatego, że schudła, ale dlatego, że nabrała wyrazu twarzy...
I ciągle patrząc w nią, poważnie dodał:
— Odrazu z twarzy jej poznać można, że dużo biedowała, pracowała, i że jest dzielną dziewczyną, która z życiem i losem walkę prowadzić umie.
— To prawda! Ty masz zawsze racyę, Olesiu. Widać zaraz, że Jadzia nie jest lalą! a jak Boga kocham, nic na świecie niema dla mnie obrzydliwszego nad lalę, choćby najładniejszą.
— Staś! — krzyknęła Szyszkowa — wyjmiesz ty z garnka kartofle, czy nie wyjmiesz? Złość, choroba, zmarnowanie daru boskiego! Rozgotują się na nic! Jezus, Marya!
A Jadwiga do Aleksandra się zwróciła:
— Nieśże za mną, Olesiu, talerze, a ja poniosę sztućce i szklanki. Nakryjemy do stołu.
Biały i suchy szkielet bez głowy, który dziś zrana był wytworną damą, zdawał się w kącie pokoju wyprostowywać ze zdziwienia nad niebywałemi tu dotąd widokami i odgłosami. Przy stole, zasłanym serwetą z czerwonym szlakiem, a zastawionym piwem grzanem, kartoflami, śledziami, bułkami z makiem — rozmowy, śmiechy, dzwonienia łyżek i sztućców ani na chwilę nie ustawały. Dwaj bracia byli bardzo do siebie podobni, jednostajny prawie mieli wzrost, jednostajny kolor włosów i oczu, jednostajnie zgrubiałą skórę na twarzach i rękach. Obaj też byli bardzo