Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dumne szyszaki, błękitnemi barwy
Pomalowane, a gminny biedrzeniec,
Czujący swoją przewagę, w poblizkich
Skryty zaroślach, urągał ich pysze.
Obok ścieżynki, wiodącej do serca
Starego lasu, złociły się mlecze
Krągiem szerokim, a spór z niemi wiodły
O atom miejsca jaskry i srebrniki,
Przytulające aksamitne piersi
Do ciepłej ziemi. Z pośród wonnej trawy
I mchów jedwabnych poziomka wstydliwą
Skroń wychylała, lub dziewiczo piękna,
Okiem brutalnych przechodniów zapewne
Niedostrzeżona, z swych siostrzyc ostatnia,
Widać, konwalia, a od skraju lasu
Słały swój zapach krzaki tomentozy.

Na mchach siedliśmy, milczący oboje...
Ona, na łono opuściwszy ręce,
Kwiat jakiś w palcach trzymała, zrywając
Z białej korony listek po listeczku.
Jak szczypty pierza miękkiego, lub śniegu
Maleńkie płatki, wionęły pod moje
Stopy te życia złamanego szczątki...
Powieki miała spuszczone. Od czasu
Tylko do czasu, kiedy nad głowami
Natrętna osa, wyrwawszy się z gniazda,
Skrytego w ziemi, krążyć rozpoczęła,
Brzęcząc, jak echo rozbitego dzwonka,
Podniosła w górę źrenicę, podobną
Do niezabudki, na której pozostał
Ślad mgły porannej, albo ślad kropelki
Dżdżu wiosennego. Wtedy mimo woli,
A może z wolą wewnętrznego pędu,
Uwięzionego gdzieś w najgłębszej toni
Dziewiczej duszy, by koral w przepaściach
Oceanowych, wzrok jej błyskawicznie