Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T4.djvu/406

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


XVI.

Z barbarzyńcami — sam — na uroczyskach —
Człowiek... Duch... pilnie uważałem cuda
Które się jawią przy Ludów kołyskach,
A nikną, gdy się szczep na drzewie uda;
Lecz zaszczepienie przy piorunnych błyskach       125
Odbyte, a strach w powietrzu i nuda,
Które panują takim chwilom świata,
Trwożą — jak pjanie kurów u Piłata...


XVII.

Zda się: że ciągle ptaki ranne pieją...
A pjanie smutne jest jak krzyk dziecinny;       130
Przedrannym strachem niebiosa ciemnieją,
Więcéj wychodzi gwiazd na błękit siny...
Ludzie przy ogniach miast swe ręce grzeją,
I przerażeni cichością godziny
Gotowi zaprzeć się Bożego ducha,       135
Obzierają się jak zbójce — czy słucha?


XVIII.

Jam to czuł, mimo że krew moja biła
Jak piorun w żyły, że hełm od niéj dzwonił,
Kita się ogniem czerwonym paliła,
A młot skry takie jak miesiące ronił;       140
Koń gadał... dzida rosła... szabla żyła...
Wiatry dawały rady... obłok bronił...
O złym dniu wrzaski ostrzegały krucze...
O dobrym złote żórawiane klucze. —


XIX.

Przez wszystkie władze ziemskie ostrzegany       145
Wpadłem na ziemię moją nieszczęśliwą:
Lech nie żył; a lud jego zabijany
W Królewnę patrzał jako w gwiazdę żywą...
Ona też pancerz złoty, malowany
Kwiaty różnemi jak słoneczne dziwo       150
Pokazywała w strasznych walk kurzawie,
Podobna białéj Anhelicy — Sławie.