Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T4.djvu/403

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


IV.

To mówiąc, ręką pogroziłem światu,       25
A tém wścieklejszy, że sam i bezsilny.
Gwiazdy na polach czystego bławatu
Oczy otwarte i słuch miały pilny.
Na wschodzie wstęga smętnego szkarłatu
Świeciła... szarym równinom omylny       30
Kształt nadawając — że pod owe zorze
Tak się zdawały płynące — jak morze.


V.

Dyanna — jak liść wierzby — już zielona,
Już jako róży liść różano-złota,
W ognistych się mgieł zanurzała łona       35
Zmienna, jak w sercu młodzieńczém tęsknota.
A jam skrzydlate obrócił ramiona
Wschodowi — chciwy nowego żywota,
I uciekałem, jak duch z bladą twarzą,
Więcéj przed myślą moją — niż przed strażą.       40


VI.

Dzisiaj przez ducha świat odkryty,
Cały wiadomy. Wtedy tajemniczy
Jak upiór złoty a we krwi umyty
Złotem cię dziwu wabił ku zdobyczy,
A krwią ochydzał wszelki czar zdobyty,       45
Krzycząc, jak dziecko przydławione krzyczy
Gdyś go uścisnął, — a tarczy błyśnieniem
Takiś wywołał strach jak objawieniem.


VII.

Po ciemnych puszczach gdziem się błąkał — gnana
Wichrami straszna przyszłości orlica!       50
Kto mię napotkał — myślał że szatana!
Bo wszystko widział wprzód, niż moje lica
Zbroję i skrzydła i młot u kolana,
I dzidę która gorzała jak świeca
Między sosnami, samych niebios blisko,       55
Miedziane mając ostrze — jak ognisko.