Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T1.djvu/352

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Świetna okrzykiem ludzi — a z témi obrazy
Obecna chwila czarnym łamała się cieniem,
Odrzuconą miłością, dumą, oburzeniem,
Serce jak kryształ w setne poryło się skazy,
       300 I tak wiecznie zostało. Wszystkie czucia skarby
Ognistéj wyobraźni rzucił na pożarcie,
Wyobraźnia złotémi rozkwitała farby,
I kładła się jak tęcza na xiąg białéj karcie;
Lecz nie było w niéj wiary w szczęście ani w Boga.
       305 Ludzie w nim mieli druha, w myślach świat miał wroga.
On, w głębi duszy słysząc krzyk szczęścia daremny,
Mścił się i gmach budował niedowiarstwem ciemny.
Ta budowa ciężkiémi myślami sklepiona,
Stała otworem ludziom lecz, by się w nią dostać,
       310 Musieli wprzód, jak wielcy szatani Miltona,
Zmniejszać się, i myślami przybrać karłów postać.

Tak w rozstania godzinie młody anioł zginął...
Wzniósł twarz... już nad nim młodéj nie było dziewicy,
Długo dumał... bo xiężyc pół nieba przepłynął,
       315 I patrzał drugą stroną dębowéj ulicy,
Jak lampa w końcu ciemnéj klasztornéj arkady.
Młodzieniec zadumany, patrzał w xiężyc blady,
Potem nagle uspioną budząc się pamięcią,
Wydobył pismo, całą zamknięte pieczęcią;
       320 I przy xiężyca świetle czytał nieruchomy,
Na nieznajomym liście, podpis nieznajomy,
A w głębi listu smutne kryły się nowiny.

„Twój przyjaciel wysłany w piramid krainy
Jako drogman poselstwa, zajechał po drodze
       325 Do przyjaciół rodziców domu, trzy dni bawił...
Niewinnéj wesołości długie puścił wodze
I przy lampie wieczornéj powieści nam prawił.
Wczoraj miał daléj jechać... Widzieliśmy rankiem
Jak po jesiennym liściu chodził smutny, cichy...
       330 Potém konie pocztowe brzęknęły przed gankiem,
Potém wielkie, strzemienne podano kielichy...
Żegnał się — za łzy dawał wesołe uściski
I puharem o nasze puhary uderzył.