Strona:PL Dzieła Cyprjana Norwida (Pini).djvu/566

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nawet, iż gdzie niegdzie używa się zarówno i wyrażenia «niema co robić!...»
Jako bardzo niepoprawny romansista, nie nadmieniłem już po dwakroć, że to działo się u wód; lecz, że nic jeszcze nie działo się, więc nie jestem nazbyt opóźnionym.
«U wód» nie oznacza ściśle jakich jednych, lecz u całej ich geologicznej grupy, przerozmaicanej to ciekawemi ruinami godnemi wycieczek, to miejscami, skąd się urocze widoki rozesłaniają. Zaś ktoby nie wierzył we feeryczne[1] okolice i sprawy, zaś komuby wydawało się, że niema twórczego nic oprócz sensu realnego inżynierji i administracji, ten niech uważnie spojrzy na wesołe i dostatnie miasteczko, między odludnemi skały wokoło jednej szklanki wody i dla niej zbudowane i rozwijające się.
Ta niteczka zdrojowej wody — cienka i przebłyskująca od szczytu skały przez cały stromy bok jej, niknący w przepaści — która się gdzieś potem w podziemiach przerabia w zbawienny napój i opodal starej kaplicy wytryskuje, oto miasta i okolicy geneza i municipium![2] Wynalazł ją był temu lat kilkaset myśliwy sokół hrabiny średniowiecznej, zabłąkanej na łowach, uświęcili ją potem mnichy, których pierwotnego mieszkania resztki widzisz w dolnych murach kaplicy — i oto dziś u zenitów skał liże ją sarna, rozpryskując krople stopą ochoczą; niżej, daleko niżej, rozbija ją w mgłę srebrną jakiś tuman, który całe smugi fjołków przez to ożywia; aż nareszcie u dołu wyciągają ku niej ręce ze szklankami świetnemi dostojni z krajów różnych goście.
I monarchowie niekiedy tu przybywają nie utajonym ukradkiem, a zawiązywały się, bywało, i zawiązują kongresy przedgłośne, miewające na wagach swoich losy ludów!
Lecz na samej krajobrazowej piękności tylko takiego tła uroczego gdy zatrzymujesz oko, skoro ci nic już nie brak... brak ci serca!...
Sama przez się myśl nalatuje, szepcąc, iż tu jeszcze należą się postacie istot dwóch, głęboko się wzajemnie pojmujących — tak przecież mogło było być... tak zapewne gdzieś jest w szmaragdowej ocieni tych małych ustronnych domków, albo tak koniecznie być musi dziś wieczór jeszcze, lub jutro rano...
Bowiem harmonji pełność domaga się, żeby tak było!

Cóż za dyplomatycznie psychologiczną miałem ja w tych czasach trudność, ażeby generałowej życzeń i polecenia dopełnić co do oczekiwanej prezentacji wirtuoza[3].
Powodowało trudność głównie to, iż nie z jedną, ale z osobistościami dwoma, jedną składającemi, trzeba było mieć do czynienia.
Oskar *** nie, gdy na scenę wchodził, ani gdy grać poczynał, ale dopiero, gdy już pełno grał, był istotnym sobą, i podobno, że wtedy tylko to był on.
On, do którego sam dochodził, nie zaś ów, którego zdawał się raczej unikać, lub którego przez samo tylko tożsamości uczucie znosił.
Ten wtóry był to młody wdowiec w kapeluszu białym, na oczy nieco nasuniętym i do pół żałobą otoczonym, z pod którego bujny czarny włos, wydobywając się z wiatrem, sam się trefił. Spotykałeś go tam i ówdzie, nie wiedząc, kiedy wszedł, lub jak uszedł, miał albowiem iście i obyczaj człowieka, nie powiem, bardzo ostrożnego, lecz i bardzo i uprzedzająco delikatnego. Częstotliwie zdawało się, iż nie na słowa doń mówione, lecz naprzód na ich najostateczniejsze konsekwencje odpowiadał. Rzekłbym, że nie rozmawiał, ale że zapobiegał zdaniom i uczuciom, a co niekiedy w nadmiarze swoim przybierało naturę podejrzliwości.
Dopiero uważnie przeczytana raz biografja[4] tego artysty rzuciła mi światło na tę dwójcę istoty w jednym człowieku, co jeżeli policzamy do wyjątków, to bardzo się do tego przyczyniają: tępość naszych narzędzi obserwacyjnych i lenistwo do obejrzenia się staranniejszego.

Gdy zaś wirtuoz po pewnej chwili grania stawał już w sobie samym, zupełnie innym był. Coś olimpijskiego[5] prostowało nagle linję całej jego postaci, głowa się podnosiła hardo, włosów wicher nawiewał się na czoło i ustępował tylko silnemu w takt stąpieniu. Ręka wyprzedzała wszystko i palcami zdała się garnąć pierwej tony, nim chwycić je można było smykiem, w powietrze rzucając zadyszane...

  1. feeryczny (franc.), czarodziejski.
  2. municipium (łac.), w starożytności miasta, zależne od Rzymu i mające pełne lub częściowe prawa obywateli rzymskich.
  3. wirtuoz (włos.), artysta, będący mistrzem w technicznym dziale swej sztuki.
  4. biografia (gr.) — życiorys.
  5. olimpijski, mający dostojeństwo bogów, boski.