Strona:PL Dzieła Cyprjana Norwida (Pini).djvu/524

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chcenia ważył na serdecznym palcu, bo zdumiał się nadzwyczaj, gdy student, który odebrał nagrodę, nie potrafił go uświadomić, jaka była cena pszenicy na ostatnim targu w Warszawie.
Po chwili pan Drążkowski położył książkę na stole, ziewnął, uściskał Edwarda i zadał mu pytanie: «Wiele kosztuje edukacja syna, kiedy dobry ojciec, przez lat 4 po sto dukatów corocznie na nią wydaje?» — a uśmiechnąwszy się, klepnął go po ramieniu i, patrząc na posępnego Bartłomiejka, rzekł łaskawie:
— No — cóż tam wacpan przywiozłeś mi ze szkoły?...
— Ja nic nie dostałem — odpowiedział zmieszany chłopiec i pocałował w rękę napuszonego pułkownika.
— No, no, no, nie wszyscy ludzie mają jednakowe zdolności... to nie twoja wina, mój Bartłomiejku; po większej części zdolności i skłonności odbieramy po rodzicach, a ty przy pracy i uwadze możesz być nawet bardzo dobrym oficjalistą. Jego ojciec — mówił dalej pułkownik, obracając się do kupca — służył u mnie za ekonoma przez lat 30; wprawdzie był to wielki leniuch i stary niedołęga, ale przynajmniej choć cokolwiekbądź robił i nic nic ukradł ze śpichrza.
Bartłomiej milczał ciągle, ścinał usta, chciał połknąć łzy, które mu takowe wspomnienie ojca wycisnęło, chciał nareszcie ukryć łzy, których już wstrzymać nie mógł, ale nielitościwy kupiec wlepił w niego swe oczy i powolnym a jednotonnym głosem tak przyświadczał pułkownikowi:
— Prawda jest, słuszna prawda, przy pracy i uwadze wszystko z siebie uczynić można... Wieluż to ja znam takich, mości dobrodzieju, co w młodości swojej zupełnie nic nie mieli i tylko z łaski żyli, a teraz co za domy, co za kapitały, co za spekulacje!...
— Wiemy o tem bardzo dobrze — rzekła z przekąsem pani pułkownikowa — ale krew, familja, stosunki.
— I obejście się nieznośne tych świeżo powstałych magnatów — dodała córka.
— Co tam za obejście się znowu? — zawołał pan Drążkowski. — Każdy się dobrze obejdzie z człowiekiem, który sobie zapewnił utrzymanie, a tem samem nie próżnował w młodości i nie siedział nikomu na karku.
I byłby jeszcze coś powiedział oburzony pułkownik, ale dostrzegł zbierające się chmury na licach swojej małżonki i złowróżbne milczenie łagodnej pasierbicy, która z udaną spokojnością przeglądała nagrodę Edwarda i, niby nie uważając na to, co między mamą i papą zachodziło, pieszczonym zapytała głosem:
— Panie Edwardzie, czy to jest dobre dzieło, czy tłumaczone z francuskiego, czy się wesoło kończy?...
— Nie wiem, bo my nie uczyliśmy się z tej książki, ja dopiero ją dziś dostałem — odpowiedział student, nie odrywając oka od dubeltówki, która na przeciwnej ścianie wisiała.
Niezadługo wszyscy wstali od stołu, pan Drążkowski wypytywał się syna, co tam słychać w Warszawie, Edward zaś opowiadał o szkołach, o uroczystości egzaminu, a wkońcu usiadł sobie w wygodnem krześle. Coraz mniej mówił, chrząknął kilka razy i zasnął.
W parę godzin potem wszyscy już spali we dworze; panna Helena, przypominając sobie wyrazy pułkownika, jednem uderzeniem szczypców złamała gasnącą świecę, a kupiec chrapał okropnie, trzymając rękę pod poduszką, gdzie był woreczek z pieniędzmi.


IV.

W domu pułkownikostwa cuda się dzieją od rana. Pani Drążkowska wstała o siódmej godzinie, wszystko w ruchu, wszystko w nieładzie, bo ma dzisiaj nowy ład powstać na jeden dzień, na jeden wieczór, na jedną tylko zabawę.
Hej, Jakóbie, do pani! Hej, Walenty, do pani! Maryno, Kunegundo, Joasiu, Franusiu, panna Helena woła! Wody, ognia, pieprzu, szpilek podwójnych, mydła, wódki kolońskiej, brzytew dla jegomośći!
I niosą wodę, ogień, pieprz, szpilki podwójne, i prowadzą pijanego kucharza, który utrzymuje, że wszystko trzeba robić na spirytusie, bo ogień zwyczajny nic nie wart.
A pani pułkownikowa gdzie się ruszy, wszędzie krzyk; co porwie, to jej się w ręku pali: słowem, pani, jak się należy.
Jegomość zaś siedzi w szlafroku, nie może się ubrać, chociaż już dawno nie śpi, bo wszystkich służących zajęto, wody nie zagrzano, brzytew niema i niema.
Jegomość siedzi na łóżku i mruczy w gniewie, to chce zadzwonić, ale dzwonek gdzieś zapodzieli, to chce zawołać, woła, ale jego głos jest głosem wołającego na puszczy. Aż tu za chwilę wszystko się uspokaja, nowy kucharz, dawno oczeki-