Strona:PL Dzieła Cyprjana Norwida (Pini).djvu/295

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Rzęsy straszyły w oka błyskawicy —
Zato go kupię i właśnie, że zato
Umieszczę w oknie za zieloną kratą.

III.

A tak gdy w sobie mówię, bez wygłosu,
Do ogrodnika wszedłem rozmarzony.
Szczególniejszego trzeba było losu,
Że jednym oka rzutem na wsze strony
Zgadłem!... Nie było jej. Starzec u wrzosu
Dzikiego zdał się gniewnie zatrudniony.
— Skinął i rzekł md: «To jeszcze z chaosu
Powodzi — podłe od skał przyszło ziele.
Słuszna, iż psa się nie cierpi w kościele!»

IV.

«Jako — odrzekę — czyliż się na lata
Oblicza pamięć tej plagi?» — «Oh, panie,
Jest powódź, która ledwo grunt umiata,
Żyzność mu nawet dawa nadspodzianie,
I jest, jak ongi potop był dla świata,
Po której tylko sieroctwo i łkanie.
Równej, jak owa, bodajem nie dożył!»
— Tu zmilkł, jakby się wspomnieniem zatrwożył.

V.

«Ratunku... (trzeba Bogu oddać chwałę)
Dość było — czegóż skorzej nie użyto?
Zlecieli mnichy ze skały na skałę,
Jak stado orłów... starczyłoby i to!
(Czegóż nie zrobią, gdy chcą, orły białe?)»
«Ach! — rzekłem — rzeki niestałe koryto,
Z dnia na dzień szersze, niosło w ciżbie tłumnej
Bydło, kolebki i z cmentarzów trumny.

VI.

To wszystko bilo o skały z łoskotem.
— Syn mój, synowa, któż wie, kędy leżą?
Zbawiłem dziecię... oto tę Nicpotem.
Tak szczebiotała!!... Czy dziś ludzie wierzą?...»
Tu przerwał dziwnym tym mówienia zwrotem
I rzekł: «Na wiosnę ścieżki się rozszerzą...
Przejdź się, mój panie, jak lubisz sam — wrócę!»
I odszedł — czułem, że mu spokój kłócę.

VII.

«O mowo ludzka, nie twe wszystkie prądy
Obraca człowiek, jak chce, lub jak mniema!»
Rzekłszy to, szyję wzniosłem, jak wielbłądy,
Patrzące tam, gdzie widnokręgów niema,
Płaszczyznę depcząc, a tocząc poglądy —
Choć lśniły kwiaty stronami obiema —
Szedłem... Był ciennik przede mną zielony,
Ogród był... Nie wiem. Byłem zamyślony...

VIII.

Ciemna myśl cieniów pożąda; zbłądziłem,
To jest znalazłem, co mi trzeba było:
Szedłem, aż w zjęeiu gałęzi pochyłem
Coś, jakby gwiazda lub skra, zaświeciło.
Był to maleńki złoty krzyż — czy śniłem?
Czy się Królestwo Boże przybliżyło?
Lecz, gdym przez listki wpatrywał się daléj,
Spostrzegłem szyję i usta z korali,

IX.

Czoło i głowy cień na książce. Stałem
Nie przemyślając, co pocznę, jak bywa,
Skoro się człowiek spotka z ideałem,
Któremu robić swoje nie przerywa,
Czując, że można i milczeć z zapałem
I że to jedna rozmowa szczęśliwa!
Dwoje nas było — w ogrodzie—na świecie.
«Assumto!» rzekłem. — A ona, jak dziecię,

X.

Wstała z uśmiechem i patrzyła we mnie
Granatowemi swojemi oczyma:
«Assunto, jeśli to ci nieprzyjemnie,
Wiedz, iiż krzyż jasny zatrzymał pielgrzyma
I że go nie chcę wzywać nadaremnie».
Podjęła rękę, jak postać, co ima
Wonny liść krzewu, lub skrzydło motyle,
Wzięła krzyż—do ust przywarła na chwilę

XI.

I poszła — potem jeszcze raz zdaleka,
Stanąwszy, oczu cisnęła granatem;
Jam się zatrzymał, jak rycerz, kaleka
Pod Jerozalem, gardzący dlań świalem.
Rany nie czując, tylko, że walk czeka
I że chorągwi nie wieje szkarłatem
Okop dobyty — stałbym tak wiek chętnie:
To, jeśli szedłem, szedłem obojętnie...

XII.

A starzec przyjął mię w progu — zaiste,
Trudno napotkać przyjemniejsze wnętrza:
Bezprzymusowo ówdzie wszystko czyste