Strona:PL Duchińska - Antologia poezyi francuskiej XIX wieku.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


KLEJNOTY.

(Wytworny buduar rzęsisto oświetlony. Młoda kobieta w stroju balowym, cała błyszcząca od klejnotów, siedzi przed źwierciadłem)

Dziś bal! ja na bal idę wesoło i strojnie,
Trudno wyżyćby dłużéj w téj nieszczęsnéj wojnie;
Cierpiéć głód, ciągle słyszeć te bomby nad głową.
Kto wié... może niebaczne ja wyrzekłam słowo?
Ej! nie!... Póki pod miastem grzmiały pruskie działa,
Jam święcie mą powinność z drugiemi spełniała;
Wszak rannym w ambulansie służyłam nie żartem,
Z tych rączek, oswojonych z Lisztem i Mozartem,
Jakże chętnie bez względu na zimę okrutną,
Zrzuciłam rękawiczki i szarpałam płótno,
Choć mi serce pękało od trwogi i żalu,
Wszakże byłam w Szampini, byłam w Buzenwalu,
Jak żołnierz! I cóż komu ten balik zaszkodzi?
Wśród krewnych i przyjaciół poskaczem tam młodzi.
Zbyt długo ta żałoba w uwięzi nas trzyma,
Miałażby mi bez tańca ubiedz druga zima?
Niechaj kto chce powie, nie widzę w tym grzechu,
Dawno się usta moje zaparły uśmiechu;
Dawno bez tych klejnotów ja tesknię jak dziecię
Gdy mu zabiorą cacka.
(patrzy z zadowoleniem o zwierciadło).
Włożyłam je przecie!
Jak cudnie ten naszyjnik stroi gładką szyję,
Prześliczne te kolczyki, aż luna z nich bije;
Jak ponętnie z kruczemi mych włosów uploty
Mieszają się te perły; jak ten pierścień złoty