Strona:PL Don Kiszot z la Manczy (Kamiński).djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tak prędko i lekko, że jadący nie czują prawie ruchu. Ale koń wzbija się bardzo wysoko i ktoby, siedząc na nim, spojrzał wtedy na ziemię, dostałby zawrotu głowy, spadłby i śmierć by poniósł. Dlatego przed zakręceniem rogu jeźdźcy muszą sobie oczy dać zawiązać. Zresztą jest to wierzchowiec bardzo łagodny i posłuszny.
— Zobaczyć, to chętnie zobaczę tego jednorożca — wtrącił Sanczo Pansa — ale jeździć na nim nie będę. Mój Bury także lekko mię nosi, a chodzi po ziemi. Niech tam sobie ta hrabina z brodą chodzi szczęśliwie; małoż to ludzi brodatych znałem, którzy wcale się nie trapili swoim zarostem, dobrze spali i dużo jedli, gdy tylko mieli co dobrego do jedzenia.
— Więc odmawiasz, Sanczo? — spytała hrabina zmartwiona — ja tyle ufałam twojej przyjaźni dla rycerza i twojej wierności!
— Boisz się, Sanczo? — zawołał Don Kiszot.
— Przecież mam być gubernatorem — odparł Sanczo Pansa. — Cóżby moi podwładni powiedzieli, gdyby ich gubernator latał jak nietoperz po powietrzu?
— Jeszcze tego brakło — dodał książę — żebym na swoją wyspę posyłał gubernatora bojaźliwego, podszytego tchórzem. Bojaźliwość Sanczy zmienia moje zamiary.
— Poczciwy giermku — błagała hrabina —