Strona:PL Don Kiszot z la Manczy (Kamiński).djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


grubą gałąź. Ale niezbyt szczęśliwie wybrał sobie schronienie. Gałąź, już nadpróchniała, oberwała się pod jego ciężarem.
Giermek jednakże nie doleciał do ziemi. Ubraniem zaczepił się za sęk wystający i ostry, który wprawdzie wydarł dużą dziurę w jego nowej odzieży, ale jej nie przerwał doszczętnie i giermek zawisł w powietrzu, machając rękami i nogami, i krzycząc żałośnie. Wierny Bury stanął pod dębem bez ruchu; Sanczo nieledwie go dotykał, ale trzymał się mocno sęka i tak jęczał, że się obejrzano na niego, czy go dzik nie szarpie kłami. Widok jego pociesznych ruchów pobudzał wszystkich do śmiechu. Wkrótce dzika zastrzelono, Don Kiszot, który dotychczas nie ruszał się z miejsca, skorzystał z chwili, w której mógł opuścić księżnę, i pomógł swemu giermkowi do zejścia. Ledwo że nie płakał Sanczo na widok swej pięknej odzieży podartej; dobrotliwe słowa pana niewielką mu przynosiły pociechę.
Zabitego dzika odesłano do pałacu; potem zabrano się do posiłku. W lesie był urządzony wspaniały namiot, w którym oczekiwała myśliwców suta wieczerza. Kiedy ją spożyli i o zmroku wybierali się z powrotem, niespodziewanie zdala zagrały rogi, a cały las tak zajaśniał, jak gdyby stanął w płomieniach. Odezwały się brzmiące trą-