Strona:PL Don Kiszot z la Manczy (Kamiński).djvu/059

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wymyślał im od tchórzów i byłby zapewne pozabijał wszystkie, gdyby pastuchy nie pośpieszyły z pomocą napastowanym. Zobaczywszy, kto jest przyczyną tego popłochu, każdy z pastuchów schylił się po kamień i tak dobrze utraktowali rycerza, że biedak stracił kilka zębów i nareszcie spadł z konia, pokrwawiony i omdlały.
Rozzłoszczeni pasterze byliby się nad nim znęcali dłużej, ale Sanczo ułagodził ich, płacąc im za szkodę. Na jego szczęście, oberżysta nie zauważył, że Sanczo ma pieniądze i tych mu nie zabrał.
— Mówiłem panu przecież, że to barany — odezwał się giermek do rycerza, kiedy go nareszcie ocucił.
— To ten czarownik złośliwy zamienił wojsko na barany, żeby mię chwały zwycięstwa pozbawić — odpowiedział Don Kiszot, nie chcąc się wyzbyć swego urojenia.
Ze smutkiem pociągnęli w dalszą drogę. Głód ich nękał, a gospody nie spotykali.
Zmrok już zapadał, kiedy dostrzegli długi, podwójny rząd zbliżających się świateł. Były to pochodnie w rękach ludzi, przybranych w białe szaty, jak w koszule. Za niemi szły mary z trumną, a dalej jeźdźcy w czarnych, żałobnych, powłóczystych ubraniach.
Sanczo, który od ostatniej nocy miał głowę nabitą czarami, myślał, że to strachy.