Strona:PL Don Kiszot z la Manczy (Kamiński).djvu/056

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zauważył Don Kiszot. — Błędnym rycerzom nieraz trafiają się takie przygody.
Rano pan i sługa wsiedli na swoje wierzchowce i gotowi byli już do wyjazdu. Ale gospodarz zjawił się na podwórku i zażądał zapłaty za nocleg.
— Odkądże to w pałacach każą błędnym rycerzom dopłacać do zaszczytu ich przenocowania? — zapytał podrażniony Don Kiszot i tak potężnie ubódł ostrogami Rosynanta, że szkapina pocwałowała na gościniec, zanim oberżysta zdążył temu przeszkodzić.
Pozostał wszakże Sanczo Pansa, od niego więc oberżysta domagał się pieniędzy.
— Kiedy rycerz nie płaci, to i jego giermek także nie głupi — odburknął hardo Sanczo.
— Ja cię tu nauczę, ty trutniu, obieżyświacie!
— A szukaj sobie pan trutniów i obieżyświatów do nauki — odpowiedział znów Sanczo. — Ja mam swojego pana i jego nauki słucham.
Hałas, sprawiony ich kłótnią, sprowadził na podwórko furmanów.
— O co to wam idzie? — pytali.
— A to ten jegomość nie chce zapłacić za nocleg i jeszcze gada głupstwa — skarżył się oberżysta.
— To my go tutaj nauczymy. Poczekaj