Strona:PL Don Kiszot z la Manczy (Kamiński).djvu/033

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Don Kiszot poprawił się na siodle i przemówił do nich wyzywającym tonem.
— Ktokolwiek jesteście, przyznajcie, że Dulcynea z Tobozo przewyższa wszystkie piękności na świecie, albo dowiodę tego wam i całemu światu.
Gromadka jeźdźców zatrzymała się, z drwiącym uśmiechem patrząc na śmiałego bohatera; jeden zaś z nich, w lot chwytając sposobność do żartu, odpowiedział.
— Szlachetny rycerzu, tej osoby żaden z nas nie zna; pokaż ją nam, a jeśli jest naprawdę tak piękna jak głosisz, to wszyscy chętnie przyznamy.
— Jakaż byłaby wasza zasługa? — odparł Don Kiszot. — Właśnie, że nie wiedzieć, a wierzyć, jest zasługą rycerza. Stańcie do rozmowy ze mną, każdy osobno, jak wymagają przepisy rycerstwa, czy też wszyscy razem, jeżeli jesteście tylko lichą zgrają. Czekam was nieustraszony, ufny w słuszność mojej sprawy. Dulcyneo z Tobozo! rycerz twój walczy za ciebie!
— Z drogi! — zawołał zniecierpliwiony mulnik — albo zaraz tu z ciebie miłość wypędzę!
Don Kiszot spiął konia ostrogą i popędził do niego z takim impetem, że mogłoby źle być z mulnikiem, gdyby nie to, że Rosynant w biegu potknął się i upadł. Biedny rycerz w pradziadowskiej zbroi, wyrzucony z sio-