Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/361

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Don Juan lękał się nadto, aby dzicy nie wsiedli na łodzie i nie odpłynęli w zamiarze powrócenia w nierównie większéj liczbie. Atkins lubo cierpiący na ciele mocno, nie stracił przecież potęgi ducha: usłyszawszy utyskiwania Don Juana, odciągnął na bok ojca Piętaszka, i długo z nim rozmawiał. Przed zachodem słońca starzec znikł niepostrzeżenie.
Reszta dnia przeszła spokojnie. Dzicy poniósłszy ciężką klęskę, nie śmieli ponowić ataku. Europejczycy schronili się za wały zamku, z którego strzelnic wyglądały paszcze trzech falkonetów i kilkunastu strzelb. Co dwie godziny przez całą noc zmieniały się straże; kolejno czterech czuwało nad bezpieczeństwem zamku, gdy inni wypoczywali po całodziennych trudach.
Około północy jaskrawa łuna zaczerwieniła niebios sklepienie. Don Juan wybiegł na strażnicę, i z podziwieniem ujrzał czółna dzikich w płomieniach; cała załoga przypatrywała się pożarowi odbijającemu się w przezroczy oceanu, a zdala słychać było wycia dzikich, rozpaczających nad utratą swych łodzi.
W godzinę późniéj przybył ojciec Piętaszka, któremu powiodło się spalić flotyllę nieprzyjacielską. Już teraz nie mogli powrócić do swéj ojczyzny; wprawdzie tym sposobem Atkins zapobiegł najściu liczniejszych zastępów dzikich, lecz pozostali na wyspie wpadłszy w rozpacz, mogli stać się bardzo groźnemi dla osady.
Myśl ta trapiła niezmiernie Don Juana: Karaibowie będąc uwięzieni na wyspie, zamiast szturmowania zamku, mogli się rozproszyć po okolicy, spustoszyć zasiewy, wybić kozy, a wreszcie czatując po za krzakami, nie dać się wychylić