Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/297

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mścić na zawziętych nieprzyjaciołach swego pokolenia. W końcu skłoniłem się poprzestać na przypatrywaniu się ludożerczéj uczcie, a resztę zostawić przypadkowi; zachować się spokojnie, jeżeli nie będzie powodu zaczepiać Karaibów, albo téż walczyć z niemi gdy zajdzie tego potrzeba.
Nakoniec z największą przezornością przedarliśmy się w milczeniu na kraniec zarośli, przedzieleni od dzikich gruppą drzew. Z odległości kilkudziesięciu kroków mogliśmy się doskonale przypatrzeć gromadzie ludożerców. Kilkunastu siedziało w kuczki około wielkiego ogniska, i pożerali mięso jednego z nieszczęśliwych jeńców. Drugi ze związanemi rękoma i nogami tuż obok leżał, oczekując aż na niego straszna przyjdzie kolej. Wtém Piętaszek który wdarł się na drzewo aby się lepiéj Karaibom przypatrzeć, zsunąwszy się z niego, szepnął mi do ucha:
— Robinsonie! tam leży jeniec z bladą twarzą i dużą brodą, to jeden z tych siedmnastu, co pomiędzy moimi osiedli.
Natychmiast wdarłem się na drzewo i z przerażeniem przekonałem się, że Piętaszek prawdę mówił: jeniec związany był Europejczykiem. Widok ten rozbudził we mnie gniew niepohamowany: dałem znak Piętaszkowi, pochwyciwszy muszkiety podpełznęliśmy ku pagórkowi, o kilka kroków wysuniętemu naprzód, tak że zaledwie sześćdziesiąt kroków oddzielało nas od Karaibów.
Naraz dwóch ludożerców poczęło rozwiązywać więzy nieszczęśliwego, nie było czasu do stracenia. Wymierzyliśmy obadwa strzelby na dzikich.
— Czyś gotów?
— Tak!..