Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z miejsca, krew ścięła się w żyłach na widok piekielnéj zwierzęcości ludożerców. Nakoniec przemógłszy odrętwienie, zacząłem biedz napowrót ku mojemu mieszkaniu, nie tyle miotany trwogą, co wściekłością.
Przypadłszy do domu, zacząłem rozważać całą przygodę. A więc obrzydli Karaibowie nie przypływali do wyspy dla zbierania jéj płodów, lecz dla wyprawiania swych uczt obmierzłych. Więc po dziewięciu latach zostawania w samotności, pierwsze zetknięcie z rodem ludzkim, zamiast pociechy i radości, przyniosło mi tak okropne wrażenie. O jakże Bóg łaskaw, że mię im na pastwę nie wydał; gdybym o parę godzin wcześniéj opuścił mieszkanie, niezawodnie wpadłbym w ich ręce, i wtedy zamordowawszy mię okrutnie, byliby wyprawili sobie bankiet z mego ciała.
Wypadek ten napełnił mię znowu bojaźnią: jak złoczyńca wymykałem się z mieszkania, nie myśląc o odwiedzeniu czółna, a to z obawy ażebym nie spotkał się z ludożercami. Sprzęt zboża, zwózkę, oraz wszystkie czynności odbywałem ukradkiem, zawsze od stóp do głów uzbrojony; a nawet nie odważałem się polować bronią ognistą, albowiem dzicy usłyszawszy wystrzał, mogli pójść za jego kierunkiem, wyśledzić mię i zamordować.
Wkrótce nadeszła zima. W tym czasie byłem wolny od odwiedzin ludożerców, gdyż morze wciąż wzburzone, nie dozwoliłoby ich wątłym statkom przebywać przestrzeni rozdzielających oba lądy. Mimo to miałem zawsze pod ręką kilka nabitych muszkietów, a oba falkonety naładowane drobnemi kulami, oczekiwały napastników, ażeby posiać pomiędzy nich śmierć i zniszczenie.