Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w morze, potém uklęknąwszy na pokładzie, zmówiłem pacierz za spokój duszy tych nieszczęśliwych.
— Teraz daléj do przeglądania, co mi się przydać może...
— A czy masz prawo zabierać cudzą własność? zapytał głos sumienia.
— Niezawodnie że mam — odpowiedziałem sam sobie, — wszakże i tak morze rozwali za pierwszą nawałnicą statek, a więc lepiéj że ja zabiorę, aniżeli gdyby te skarby miały pochłonąć bałwany morskie.
— A więc do dzieła, nie traćmy czasu, bo któż wie jak długo potrwa pogoda, trzeba z niéj korzystać.
Poszedłem najprzód do kajuty kapitana, i zaledwie dotknąłem klamki, kiedy nagłe szczekanie i skomlenie psa dało się słyszeć. Ach wierzcie mi kochani czytelnicy, że najpiękniejsza muzyka w świecie nie sprawiłaby mi takiéj przyjemności, jak głos tego poczciwego i wiernego zwierzęcia. Otworzyłem drzwi, a wraz czarny i duży pies poskoczył ku mnie radośnie, a kręcąc ogonem łasić się począł. Pogłaskałem go i rzuciłem mu pozostałego kawałek suchara, który z wielkim apetytem pochłonął.
Napróżno szukałem papierów i dziennika okrętowego, nic nie znalazłem; zapewne uchodzący zabrali je z sobą. W kajucie kapitana wisiała prześliczna broń: dwie strzelby, para pistoletów, kordelas, róg z prochem, worek z kulami. Widok ten zachwycił mię, od siedmiu lat obchodziłem się nędznym łukiem. Pochwyciwszy pistolety, otworzyłem okienko i wypaliłem, aby przypomnieć sobie huk i użycie broni.