Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


piękniejsza pogoda panowała wówczas, a zatém nie powstał od piorunu.
Drugiego dnia przed południem byłem już w domu. Rzuciłem się na posłanie nie myśląc wcale o posiłku, chociaż od wczorajszego obiadu nic oprócz wody nie miałem w ustach. Trwoga odebrała mi apetyt, najdziwaczniejsze myśli snuły się po głowie.
To niepodobna abym trzy lata bawił na wyspie, a nie dostrzegł jéj mieszkańców... nie... nie... przekonany jestem że oprócz mnie ani jeden człowiek nie przebywa na niéj, ale zkądże mógł się znaleźć właściciel nogi? jak przybył bez okrętu, który przecież byłbym ujrzał na morzu. Śladu tego nie wymarzyłem sobie, wszak go wczoraj dotykałem palcami. A czy téż ludożercy nie zostali zapędzeni burzą z oddalonéj ziemi, którą przed parą laty widziałem z wysokiéj góry? może wylądowawszy w téj nieurodzajnéj części wyspy, nie mieli chęci założyć na niéj swych osad... Gdyby im téż przyszło do głowy przybyć tu w wielkiéj liczbie, gdyby mię przypadkiem spotkali... o wtedy z pewnością nie uniknąłbym śmierci... zamordowaliby mię i pożarli... jeżelibym zaś potrafił ukryć się zawczasu w jakim zakątku, wtedy niezawodnie zniszczyliby moje mieszkanie, zabili kozy i spustoszyli pola.
Te i tym podobne myśli trapiły mą duszę. Przez trzy doby nie odważyłem się opuścić na chwilę groty, nie miałem nawet śmiałości pójść wydoić kozy, ale przecież trzeba się było na to zdecydować, bo biedne samki mogły stracić mleko.