Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Po kąpieli i odpoczynku należało wrócić do kóz, lecz chęć dostania mięsa kusiła mię aby tu zabawić do wieczora i doczekać się nocnych wycieczek szyldkretów na ląd. Wszak kozy mają dość trawy i wodę tuż przy sobie, zwierząt drapieżnych na wyspie nie ma, a więc im się nic złego stać nie może, choćby mi tutaj przyszło przenocować.
Wieczór był prześliczny, zaraz po zachodzie zajaśniało gwiazd miliony na niebie. Kto nie był w krajach podzwrotnikowych, wyobrażenia mieć nie może świetności tamtejszego nieba: zdaje się że iskrzące dyjamenty pokrywają przecudny szafir, a gwiazd nierównie więcéj w tém przejrzystém powietrzu dostrzedz można, aniżeli na naszym smutnym i bladym widnokręgu.
Leżąc na wznak i wpatrując się w niebo, czekałem rychło żółwie zaczną z morza wyłazić dla obejrzenia gniazd swoich: lecz nagle jakiś czerwony blask okrył zachodnią część nieba. Zerwałem się przestraszony: byłżeby to blask księżyca? nie, to wyraźnie łuna. Czy jaki palący się okręt zagnały wiatry na zachodni brzeg wyspy?.. I to nie, bo łuna była zanadto wielką, aby ją mógł wydać palący się statek. Przestrach ogarnął mię niezmierny, miałżeby się las zapalić na wyspie, lecz z czego? wszak burzy nie było wcale, a tylko piorun mógł rozniecić pożar. Byliżby to ludzie?.. Tysiące myśli przeciwnych i krzyżujących się z sobą, przejęło mię niewypowiedzianą trwogą. Z szybkością wiatru puściłem się ku miejscu gdzie zostawiłem kozy, lecz potém strach wybił mi nawet z myśli trzódkę, — Co mi po wszystkiém — szeptałem drżącemi usty, — jeżeli jaki nieprzyjaciel najechał wyspę i podpalił lasy? trzeba co żywo umykać do domu.