Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie jestem w stanie opisać radości mojéj na widok ubitéj zwierzyny, podniosłszy ją zawracam ku grocie i zrywam po drodze parę ananasów.
Przybywszy do domu, wziąłem się do obciągnięcia skóry z zajączka. Miał on niejakie podobieństwo do świnki morskiéj, nie wątpiłem jednak, że mięso przyda się na pokarm. Zając obciągnięty i oprawiony leżał przedemną, brakowało tylko rożna i ognia ażeby sporządzić pieczeń.
Zachęcony widokiem mięsa, którego tak dawno nie miałem w ustach, umyśliłem raz jeszcze sprobować rozniecenia ognia trąc drzewo, ale tym razem podobnie jak pierwszym nie powiodło mi się tego dokazać.
Widziałem iż murzyn, towarzysz mojéj niedoli, zabiwszy raz psa, a nie mogąc go ugotować w kuchni, użył osobliwszego sposobu przyprawy, postanowiłem go naśladować.
Położywszy zająca na płaskim kamieniu, biłem go twardym kołkiem dobrą godzinę, tak iż nie tylko skruszał zupełnie, ale zmienił się w rodzaj massy krwistéj. Rozciągnąłem ją na głazie rozpalonym od słońca, i trzymałem z półtoréj godziny na upale. Nie wiem czy to łaknienie mięsa, czy zmordowanie przyprawiło tę osobliwszą pieczeń, dość na tém, że mi smakowała wybornie. Gdybyż jeszcze mieć do tego trochę chleba i soli!
Tymczasem deszcze coraz częściéj padały; niekiedy przez parę dni lało jak z cebra, tak że nie mogłem wychylić się po żywność. Naprzemian znowu duszący upał wycieńczał moje siły, a powietrze przesycone parą niemal dusiło. Skutkiem ulewy wzbierały okoliczne strumienie i zagradzały drogi tak dalece, że nie mogąc ich przebyć, musiałem zrzec się polowania.