Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/055

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Kopiąc, lub plewiąc po całych dniach w ogrodzie, miałem dosyć czasu do rozmyślania. Z początku pocieszała mię nadzieja, że pan mój wyprawiając się na morze, weźmie mię z sobą; że przyjdzie szczęśliwa chwila, iż dogoni nas wojenny okręt chrześciański i pokonawszy korsarza, wyrwie mię z niewoli. Lecz wkrótce przekonałem się o zwodniczości tych marzeń. Ile razy Maur przedsiębrał wyprawę, zawsze zostawiał mię w domu pod nadzorem Akiba.
Tak zeszły dwa ciężkie lata w niewoli. Pomimo trudów wyrosłem i zmężniałem. Położenie moje było wciąż przykre, lecz zyskałem bardzo wiele pod innym względem. Dostawszy się do niewoli byłem wierutnym próżniakiem; ale bojaźń plag zmuszała mię do roboty; widziałem nieraz jak bat dozorcy krwawe znaczył bruzdy na plecach leniwego murzyna i wcale nie miałem ochoty spróbować jak smakuje.
Tak więc ze strachu nauczyłem się pracować, a robota nietylko mi nie sprawiała przykrości, lecz przeciwnie, w każdy piątek, będący u muzułmanów naszą niedzielą, gdy uwalniano nas od pracy, nudziłem się niezmiernie. I tak sam nie wiem kiedy stałem się wytrwałym i roboczym, co mi się w późniejszém życiu bardzo przydało.
Pracowitość moja i uległość nie uszły oka Akiba i doniósł o tém panu. Właśnie wówczas okręt nasz po krwawéj bitwie został przez Hollendrów zniszczony. Pan mój więc porzucił korsarstwo, ale nawykły do morza, nie chciał się z niém rozstawać. Z rozkazu jego zbudowano ładną szalupę, w któréj częstéj używał przejażdżki, wypływając na połów ryb.