Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/050

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się ponowić napadu; ale rozjuszony korsarz nie popuścił tak łatwo zdobyczy. Około trzeciéj po południu dopędził nas na nowo i tym razem trzymając się w odległości, gdzie go nasze kule dosięgnąć nie mogły, począł z działa wielkiego kalibru raz po raz dawać ognia. Kilkanaście celnych strzałów zbezwładniło nasz okręt, a wtedy z wielką szybkością przypadł i mimo ognia z dział, zahaczył nasz okręt.
Sześćdziesięciu Maurów z gwałtownością burzy wpadło na pokład; daliśmy do nich ognia z muszkietów, a na zmieszanych tą salwą wpadliśmy z rozpaczą i wyrzucili z pokładu. Lecz rozbójnicy z podwójną siłą uderzyli powtórnie. Po krótkiéj, zaciętéj walce, pomimo wysileń męztwa, zostaliśmy pobici. Kapitan, sternik i ośmiu z osady padło trupem, reszta otrzymała rany i musiała się poddać. Maurowie w obu spotkaniach przeszło trzy razy tyle ludzi stracili.
Korsarz złupiwszy okręt podpalił go, a nas zaprowadził do Salé, miasta portowego na zachodniém wybrzeżu marokańskiem. Wyszedłem z téj bitwy bez szkody, pomimo że wałczyłem równo z drugiemi. Towarzyszy moich powieziono w głąb kraju i tam zaprzedano w niewolę. Mnie upodobał sobie właściciel rozbójniczego okrętu i jako niewolnika zatrzymał.
Utrata wolności, przejście nagłe z kupca na niewolnika, zgnębiły mię niezmiernie. W czasie obu podróży i pobytu w Londynie, nie pomyślałem wcale o przebłaganiu rodziców. Teraz na nowo zabrzmiały mi w uszach pamiętne słowa ojca:

„Kto nie słucha rodziców, temu nigdy Bóg błogosławić nie będzie i marnie zginie.“