Strona:PL Daniel Defoe - Przypadki Robinsona Kruzoe.djvu/020

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ostra przemowa ojca przeraziła mię nadzwyczajnie: jak żyję nie widziałem go w takiém uniesieniu. Wszystkie moje świetne projekta żeglowania na wyspę Ceylon, rozpierzchły się jak mgła poranna; wiedziałem dobrze że z ojcem żartów nie ma, więc nie mówiąc ani słówka matce, położyłem się spać, a nazajutrz rano stałem za kassą w naszym sklepie.
Nowość zatrudnienia i praca zajęły mię zrazu bardzo. Przez kilka tygodni sprawowałem się jak najlepiéj; matka rosła z radości, a ojciec podczas obiadu łagodniéj na mnie spoglądał. O żegludze przynajmniéj w tym czasie nie myślałem prawie. Prawda że nieraz ważąc kawę, imbier lub gwoździki, przypominałem sobie te prześliczne kraje, gdzie te towary rosną i nieraz westchnąłem ciężko z tęsknoty za niemi, ale się téż na westchnieniach kończyło.
I kto wié, czy nie wyszedłbym na kupca i obywatela miasta Hull, szanowanego przez całe miasto, gdyby przypadek nie rozbudził na nowo chętki do żeglowania i nie nastręczył mi sposobności do uczynienia zadość pragnieniom.
Jednego dnia ojciec przy śniadaniu rzekł do mnie:
— Dostaliśmy świeży transport towarów, Mathews nie ma czasu, więc ty pójdziesz je odebrać; tylko pamiętaj pośpieszyć się i nie gawronić się w porcie!
Ucieszyłem się bardzo z tego polecenia: od dwóch miesięcy oprócz do kościoła nie wychodziłem nigdzie, więc téż poleciałem jak strzała do portu, podskakując z radości przez drogę.
Ale humor ten wesoły zniknął w chwili gdy zobaczyłem przystań. Kilkanaście rozmaitych okrętów stało w porcie; morze lekko zmarszczone unosiło inne, posuwające się wspaniale jak łabędzie po wód zwierciedle; jeden właśnie opusz-