Strona:PL Chrzanowski Ignacy - Biernata z Lublina Ezop.djvu/598

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ludzkości z nim zażyć z biedy.
I łagodnemi słowy począł mu winszować
Tak wychowałego stanu,
Mówiąc, że mu powinien będzie odsługować,
Jako mościwemu panu,
Byle go, gdzie tak dobrze karmią, zaprowadził.
Kondys się też z nim nie wadził,
Owszem mu rzekł, jeśli chce zalać sobie nyrki
W dobrym bycie, jako on, to niechaj porzuci
Swoje leśne poniewiérki,
Gdzie go lada myśliwiec trąbą częsta kłóci;
Że wilcza kondycya jest barzo błazeńska:
Muszą głód cierpieć ustawnie,
A nic nigdy nie zjeść jawnie,
Jeno się obawiając, żeby jaka klęska
Śmiertelna ich nie potkała,
„Idź za mną, — rzekł do wilka —
„Ujrzysz, że nabierzesz ciała,
„Niżeli dni wyńdzie kilka“.
„Dobrze, rzekł wilk — lecz powiedz, co tam będę robił“.
„Mało co — pies odpowiedział —
„Będziesz sobie u wrót siedział,
„Z dziadami się uganiał, głośno na nich skomlił
„I na każdego, kto mija,
„Do domowych się łasił, panu pochlebował;
„A za to twoja ornarya
„Będą jak najlepsze kości,
„Która ci z talerzów chłopiec będzie chował
„Z rozkazania Jegomości,
„A kucharz tłuste z osobna pomyje“.
Wilka jak po sercu głaskał,
Już na to, łakotki mlaskał;