Strona:PL Cezary Jellenta Dante.djvu/099

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


że przejedna swą ojczyznę i rozpali w niej dla siebie żar uwielbienia. Widzieliśmy przecie, jak ją kocha, tę najpiękniejszą córę Romy, i jak za nią tęskni. Czyżby mogła nie zrozumieć go, nie przebaczyć, nie rozpłakać się, nie przyjąć w otwarte ramiona, gdy wzdychał i marzył:

Jeśli się zdarzy, że Poemat święty,
Co doń swą rękę przykładały społu
Niebo i ziemia, który przez lat wiele
Niszczył me ciało, przezwycięży kiedy
Srogość okrutną, co mi drzwi zamyka
Pięknej owczarni, gdziem spał jak baranek,
Wróg wilków, którzy wojną ją pustoszą, —
Z innym już wtedy i głosem i włosem,
Wrócę, Poeta, i nad mą chrzcielnicą
Laurowy wieniec włożę na me skronie.
(Raj. p. XXV).


Niestety — nie darmo w jednym z cyklów swych canzon o niewzruszonej jak głaz wyraz «kamień» powtarza z rozmysłu po kilkanaście razy, prawie jak symbolista naszych czasów, który dla tem pewniejszej suggestyi wciąż w ten sam klawisz uderza — tak, że aż do tych pieśni przylgnęło miano «skalistych» albo «kamiennych» — pietrose. Nie darmo w sonecie jednym skarży się na okrutną, co jasnym wzrokiem swym zapala ogień morderczy, a tak jest dumna, że spokojnie pozwala ginąć tym, co się jej oddali, i odwraca oczy, gdy u stóp jej konają. Florencya miała dlań rzeczywiście serc[1] z kamienia.





  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – serce.