Strona:PL Cecylia Niewiadomska - Bardzo dawno.djvu/07

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ciu! Już sięgnął nawet po największy kamień, aby ugodzić w głowę piękną zdobycz, gdy inne głosy zwróciły jego uwagę. Był to jakby płacz dzieci. Spojrzał w tamtę stronę — a tu mnóstwo białych i czarnych zwierzątek, także z rogami na głowie i krótkimi ogonkami, biegnie, pobekuje, cisnąc się jedne na drugie, jakby przed kim uciekały.
Dziki człowiek teraz dopiero spostrzegł, że za pierwszem i drugiem stadem biegły niewielkie, do wilków podobne zwierzęta, poszczekując, naganiając i nie pozwalając rozpraszać się rogaczom.
— A to dziwy, dziwy! — powtarzał dziki człowiek. — Tyle zwierzyny! To się najeść można dopiero!
Z wielkiego zdziwienia zapomniał, że ma kamień i pałkę i mógłby sobie zaraz upolować śniadanie bez trudu. Jeszcze mu to na myśl nie przyszło, gdy rozległ się głośny tętent i nadbiegło kilkanaście zwierząt tak pięknych, jakich nigdy w życiu nie widział. Wysokie, zgrabne, bez rogów, ale z piękną grzywą i długim, rozwianym ogonem, biegły lekko, rżąc i podskakując, jakby cieszyły się słońcem, wilgotną trawą i dzionkiem Bożym.
— Oo!! zawołał dziki człowiek i więcej