Strona:PL Bronte - Villette.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Cóż, Polly, masz ochotę przejechać się? — zapytał Graham nieco niedbale. Przypuszczam, że ton jego wydał jej się zbyt obojętny i lekceważący.
Nie , dziękuję ci — odparła, odwracając się z doskonale udawaną oziębłością.
— Radzę ci, przejedź się — powtórzył. — Wiem, że sprawi ci to przyjemność.
— Nie wyobrażaj sobie, że dbam chociaż trochę o to — odparła wyniośle.
— Nieprawda. Powiedziałaś Lucy Snowe, że bardzo pragniesz móc przejechać się.
— Lucy Snowe jest ploktarka — brzmiała jej odpowiedź (lekkie seplenienie i przekręcanie liter w niektórych wyrazach było jedyną jej cechą prawdziwie dziecięcą, najmniej przedwczesną). Powiedziawszy to, weszła do domu. Graham, który powrócił wkrótce po niej, odezwał się do matki:
— Mamo, myślę, że to stworzenie musi być chyba pomylone; istny gabinet osobliwości. Nudno jednak byłoby mi bez niej. Bawi mnie daleko więcej, aniżeli ty i Lucy Snowe.
— Panno Lucy — zwróciła się do mnie Polly (powoli przywykła wdawać się ze mną w pogawędkę, kiedy byłyśmy same w naszym pokoju wieczorem), wie pani jakiego dnia w tygodniu najbardziej lubię Grahama?
— Skądże mogłabym wiedzieć coś podobnie dziwnego? Czy możliwe, aby istniał taki dzień spośród siedmiu, w którym Graham jest inny niż w pozostałe sześć?
— Rozumie się, że jest! Jakto?! Czy pani tego nic rozumie? Nie wie pani takiej prostej rzeczy? Jest najdoskonalszy w niedzielę, bo mamy go w niedzielę cały dzień, i jest wtenczas taki spokojny, a wieczorem jest taki dobry.
Uwaga nie była bynajmniej bezpodstawna: chodzenie do kościoła i inne tego rodzaju obowiązki nastrajały Grahama w niedzielę na nutę spokoju; wieczory niedzielne poświęcał przeważnie niewinnym, może tylko nieco gnuśnym rodzajom zabawy przy ogniu kominkowym.