Strona:PL Bronte - Villette.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


a że oba pokoje miały drzwi jedne naprzeciwko drugich po obu stronach przedzielającego je kurytarza, mogłam łatwo śledzić małą okiem.
— Co pan robi? — zapytała, wchodząc do pokoju Grahama.
— Piszę.
— Dlaczego nie przychodzi pan na śniadanie, żeby zjeść je razem ze swoją mamą?
— Jestem zanadto zajęty.
— Chce pan dostać śniadanie?
— Naturalnie.
— Proszę, przyniosłam je.
Rzekłszy to, postawiła filiżankę na dywanie, niby dozorca więzienny, przynoszący więźniowi kubek wody do drzwi jego celi, i cofnęła się. Po chwili powróciła.
— Co pan chciałby dostać do jedzenia... oprócz herbaty?
— Coś dobrego. Przynieś mi coś szczególnie dobrego, jak prawdziwa dobra mała kobietka.
Polly powróciła do pani Bretton.
— Proszę, niech pani pośle swojemu synowi coś bardzo dobrego.
— Sama wybierz dla niego, Polly. Jak myślisz, co mamy posłać mu?
Mała wzięła po porcji ze wszystkiego co było najlepsze na stole, ale niebawem powróciła, prosząc szeptem o osobliwą jakąś marmeladę, której tu nie było. Otrzymała żądany przysmak (pani Bretton nie odmawiała nigdy niczego swojemu spadkobiercy) i wnet potem usłyszeliśmy Grahama, wychwalającego pod niebiosa małą swoją opiekunkę i przyrzekającego jej, że jak będzie miał własny dom, przyjmie ją za gospodynię, a może nawet — o ile okaże prawdziwy talent kulinarny — za kucharkę. Kiedy, po zaniesieniu Grahamowi owej żądanej marmelady, nie powróciła do jadalni, poszłam po nią i zastałam oboje, ją i Grahama, śniadających tête à tête. Stała obok niego i dzieliła jego porcję, z wyjątkiem marmelady, której z wielkim taktem nie chciała tknąć w obawie, aby,