Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 04.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„...I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom...“
Z temi wyrazami obudziła się i zadzwoniła na pokojówkę.
— Która godzina, Joasiu?
— Dziesiąta, panienko.
— Czy pan Ludwik już wstał?
— Pan już wyszedł do miasta — odpowiedziała służąca.
Zosia zerwała się na równe nogi, zapominając o śnie i znużeniu. On mógł przyjść niedługo, należało się więc ubrać.
— Daj mi czarną suknią, Joasiu — rzekła.
— Czarną? — spytała dziewczyna, idąc do szafy.
Wiedzieć potrzeba, że w czarnej sukni Zosia wyglądała najpiękniej. W tej chwili jednak przyszło jej na myśl, że popełni akt malutkiej kokieterji; gdy więc podano jej suknią, odezwała się:
— Albo... schowaj ją napowrót. Wezmę codzienną, popielatą...
Joasia z suknią odwróciła się do szafy, lecz Zosia znowu, po pewnem wahaniu, rzekła:
— Albo wiesz co... daj mi czarną.
I ubrała się w czarną.
Około południa kompletnie ubrana, z biciem serca oczekiwała na gościa. Nagle przed domem zaturkotała dorożka...
Nogi się pod nią ugięły.
— Czegóż się lękam? — pomyślała. — Za godzinę wszystko przejdzie...
Czekała minutę, dwie... pięć... Nikt na schody nie wstępował.
— To nie oni!
Odtąd każdy turkot na ulicy, każdy łoskot na schodach wywoływał bladość na jej twarzy. Zmęczona, postanowiła już o niczem nie myśleć i jakąś mechaniczną robotą wypełnić czas, wlokący się zbyt powoli. Potem zaczęła sobie przypo-