Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 04.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ha!... złe dzieci!... — zawołał — możecież wy mnie tak dręczyć?...
— Ludwisiu!... — błagała go siostra.
— Czy ty wiesz — mówił do niej — czy ty wiesz, że Sielski ojca naszego uratował od hańby?...
Zosia rozpłakała się.
— Dosyć! — przerwał Sielski. — Wiem, że miłość i niechęć to złe sąsiedztwo... Uspokój się, pani!... Ja odchodzę i wrócę wtedy dopiero, kiedy mnie pani uznasz godnym siebie. Bądźcie zdrowi!...
To powiedziawszy — wyszedł.
— Stój! — zawołał Lachowicz, wybiegając za nim.
— Nie wstrzymuj mnie, Ludwiku — rzekł Sielski spokojnie. — Gdybym nie miał nadziei, gdybym nie czuł, że nie jestem tak zły... powiadam ci... w łebbym sobie strzelił. Ale z drugiej strony wiem, że muszę zmazać wiele błędów... Reszty czas dokończy.
— Niewolnicy! niewolnicy!... — mruknął Lachowicz i powróciwszy do siostry, powtórzył:
— I tyś niewolnica!
Zosia zanosiła się od płaczu.
— No... powiedz mi — mówiła wśród łkań — czy mogę kochać ciebie i tego, który cię szczęścia pozbawił?...
— Alboż ja ci robię wymówki? — odparł brat. — Mówię tylko, że wy wszyscy jesteście niewolnikami waszych przywidzeń, kaprysów, uczuć... Wszyscy wzdychacie do szczęścia, rozprawiacie o obowiązkach, a nieustannie psujecie to szczęście i lekceważycie obowiązki. Niewolnicy!... niewolnicy!...