Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 03.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Siedziałam długo przy mamie i zasnęłam na krześle...
Potem dodała z drżeniem w głosie:
— Wtedy nam się dom spalił... Może to za moje grzechy? — spytała, patrząc bojaźliwie na proboszcza.
Spowiednik zakłopotał się.
— Nie jestem pewny, moje dziecko — rzekł — ale, zdaje mi się, że nie... Słuchałaś też rodziców, chętnie wypełniałaś ich rozkazy?...
— Nie — szepnęła Anielka. -— Ojciec nie kazał mi rozmawiać z Gajdą, a ja rozmawiałam...
— Trzeba, moje dziecko, zawsze spełniać wolę rodziców, bo oni nic nie nakazują bez powodu. Pocóżeś rozmawiała z tym człowiekiem?
— Prosiłam go, żeby córki swej nie bił... Ona taka mała...
— Aha!... Moje dziecko... moje dziecko... To dobrze, żeś prosiła, ale rodziców zawsze słuchać potrzeba... A nie wzywałaś kiedy imienia boskiego nadaremnie?...
— Tak.
— Doprawdy? — rzekł proboszcz. — Iz jakiegoż to powodu, moje dziecko...
— Prosiłam Boga, ażeby ojca do nas przysłał... potem mamę...
— Aha!... Moje dziecko...
Proboszcz dobył fularową chustkę i obtarł nos.
— Czy już nic nie pamiętasz, moje dziecko?...
— Nic...
— Bij się w piersi, moje dziecko, i mów: „Boże bądź miłościwi...“ A za pokutę zmów jeden pacierz na intencją wszystkich grzeszników.
Odmówił nad nią modlitwę głosem zmienionym i prędko wybiegł z salonu, unikając spotkania z ludźmi.
Młody doktór powracał właśnie ze wsi do pałacu, gdy pędem przeleciała obok niego kareta, zaprzężona w cztery konie. Lekarza coś tknęło i przyśpieszył kroku.