Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 03.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ci? — myślał. — Coprawda, pana nie widać, ale skądby znowu pani miała dziś karetę, kiedy niedawno wyjechała stąd z Żydem?
A może jaśnie pan został w lesie, aby porachować, ile mu Zając sosen wyciął?...
Tymczasem powóz stanął.
— Tee!... Gapiu!... — zawołano z kozła.
— Niby ja?... — spytał karbowy, zdejmując kapelusz.
— Jużci że ty, kiedy mówię do ciebie. A niema do was lepszej drogi?...
— Skądby zaś!...
— Ale tu powóz może się wywrócić...
— Może i może... — odparł chłop, nie wiedząc co gada.
— To bydlę! — mruknął ubrany zpańska, a potem znowu wrzeszczał:
— Jakże, więc jaśnie pani musi iść do folwarku piechotą?
— Musi chyba, że tak...
— Krzysztofie! ja wysiądę... — odezwała się dama.
Pan zeskoczył z kozła i otworzywszy drzwiczki, pomógł pani wysiąść z powozu. Potem cofnął się nabok, a ponieważ droga była pełna wybojów i kijów, idąc za panią podpierał jej łokieć trzema palcami i mówił:
— Jaśnie pani pozwoli na prawo...
Jaśnie pani raczy stąpić na tę kępę...
Panie Piotrze! zaczekasz, dopóki jaśnie pani nie przejdzie. Potem zwolna zajedziesz na podwórze...
Jaśnie pani pozwoli teraz na tę stronę, tu już jest ścieżka...
Karbowy, słysząc gadaninę tego pana, przypuszczał, że wielka dama musi być ślepa i drogi nie widzi. Potem zastanawiał się, czy wobec tej procesji nie wypada mu uklęknąć na grobli...
Pani tymczasem zbliżyła się do niego i spytała:
— Dzieci są?
— Ha?