Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 03.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Był to człowiek niski i krępy. Nosił zgrzebną koszulę, wyłożoną na takież majtki, słomiany kapelusz z obdartem rondem i łapcie z łyka. Twarz pomimo to miał uczciwą i spojrzenie rozumne choć smutne. Rozgadywał się tylko wówczas, gdy mu się w nocy, nad bagnem, ukazywały ogniste duchy.
Nazywał się Zając.
Trzeciego dnia przyjechał Szmul i przywiózł chleba, bułek, masła, szmalcu, mąki, cukru, herbaty i parę krzeseł. Witano go, jak Mesjasza.
— Co tam słychać! — zawołała pani — mówże nam...
— Aj! dużo słychać... Niemcy już są we wsi i będą spalony dwór przerabiać na gorzelnią. Wszyscy ogromnie żałują jaśnie pani, a ksiądz dziekan ma tu przysłać kur i kaczek...
— Czy mąż nie pisał do mnie?...
— Byłem na poczcie, ale listu niema. Zato pani Weiss kazała się jaśnie pani kłaniać...
Anielka zbladła.
— Co za pani Weiss?
— To jest jedna wdowa po naczelniku od liwerunku, bardzo porządna osoba. A jaka bogata!... Więc ona powiedziała do mnie, żebym się delikatnie zapytał, czy jaśnie pani nie zechce mieszkać u niej z dziećmi. Ona za to nic nie weźmie... A jak jaśnie pani zgodzi się, to ona tu przyjedzie karetą na znajomość i sama jaśnie panią zaprosi...
— Ja nie znam tej kobiety — przerwała pani.
— To nic!... Ale ona zna jaśnie pana... i bardzo go lubi...
Pani coś przypomniała sobie.
— Nie myślę robić znajomości z takiemi kobietami — odparła. — Wolałabym umrzeć z głodu...
Anielkę ostry ból przeszył. Ona wciąż pamiętała rozmowę, w której Szmul zachęcał ojca do żenienia się z tą panią, po śmierci matki. Nie widząc, znienawidziła ją.
— Ach, ta pani Weiss!...
Dzień zeszedł im nieco weselej. Wprawdzie Szmul wkrótce