Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 03.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sznym krzykiem chwyciła się oburącz krawędzi łóżka, jakby broniąc się. Ledwie oderwał ją i wyniósł na dziedziniec.
Tymczasem Anielka dźwigała Józia, lecz była tak zmieszaną, dym tak ją otoczył, że nie trafiła do drzwi. Potknęła się o coś i upadła.
Szczęściem wyprowadził ją Gajda, unosząc zarazem Józia. Potem, usadziwszy ich obok matki, wrócił do pokoju, już gorącego jak piec, i zaczął wyrzucać na ogród wszystko bez różnicy: odzież, pościel, biurko i krzesła.
Cały dach ogarnęły płomienie, szyby pękały, ze szczelin sufitu wydobywał się ogień. Gałązki i liście drzew, stojących przy dworze, poczęły się tlić. Dokoła domu było jasno jak w dzień, dym, bijący wgórę, zasłaniał chwilami gwiazdy pół przezroczystą gazą. Koguty we wsi, myśląc, że już świta, zaczęły piać. W miasteczku dzwon kościelny uderzał na trwogę.
Na dziedzińcu, wprost ganku, zebrali się ludzie folwarczni. Napół nagie dziewki zawodziły płaczem, parobcy kręcili się nieprzytomni.
— Wyprowadźcie Gajdę!... on tam jest w pokoju — zawołała Anielka, otulając matkę kołdrą.
— Gajdo! Gajdo!... — krzyczeli parobcy. Ale żaden nie ruszył się, bo już było gorąco i niebezpiecznie.
Wtem na prawem sprzydle domu zatrzeszczały krokwie, i facjatka zapadła się na sufit. W chwilę później zegar w żółtej szafce wydzwonił cienko i prędko trzy kwadranse, przypominając, że i jego trzeba ratować.
Jeszcze chwila, i rozległ się ogromny huk. Sufit spadł na podłogę, wypychając uragan płomieni. Niestrudzony zegar skończył swoją wędrówkę.
Teraz dopiero wyszedł Gajda z pokoju matki. Odzież i włosy tliły się na nim, był skrwawiony i okopcony.
Tymczasem poczęli nadbiegać ludzie ze wsi, z drabinami, siekierami, bosakami i wiadrami. Jeden z parobczaków wy-