Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 03.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Rozdział XI

W JAKI SPOSÓB BÓG CZUWA NAD SIEROTAMI.


Skwarny dzień zeszedł bez osobliwych przygód. Szmul rankiem wyjechał do pana Jana, a wiejscy ludzie gromadzili się między chatami, niespokojnie dowiadując się o nowiny z miasta.
— Będą, czy nie będą układy z dziedzicem? Sprzeda, czy nie sprzeda majątku? — tak mówiono.
Niektóre kobiety litowały się nad dziedziczką.
— Biedna ona, choć bogata! — mówiła jakaś starsza. — Mąż wyjechał, słudzy ją ponoć odbieżali, i siedzi se sama, jak ten bocian na gnieździe, co mu samicę tamtego tygodnia zabili.
— Możebyśwa poszli do niej na pocieszenie? — spytała inna ze śmiechem.
— Czego kpita? — dorzuciła trzecia. — Przecie sam Pan Bóg nakazuje smutnego pocieszyć, nagiego przyodziać i umarłego pogrzebać...
— Widzita, kumy! — odezwała się poprzednia niemniej wesoło. — Ostaszeskiej wydaje się, że do dziedziczki to można tak chodzić, jak do położnicy... Przecie to pani całą gębą, co wy se myślita? Jakby do was zaczęła gadać po francusku, tobyście ino oczy wytrzeszczyły...
— Ej!... w takiej samotności i opuszczeniu, toby se przypomniała po polsku. A zawdy co pociecha, to pociecha.
— A jakżebysta ją cieszyły? — mówiła śmieszka. — Ona bawi się inaczej i smuci inaczej, niż my, ludzie proste. U nich