Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 03.djvu/057

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A co będzie jadł?
— Jużci, że to, czego z was żaden nie powącha.
— Az nią, jak i z dziećmi?
— Także będą w mieście, gdzie apteka niedaleko. A jak, czego Boże broń, ona odjedzie, to dziedzic ożeni się z taką bogatą, że za jeden jej pierścionek wieśby kupił — mówił Jędrzej.
— Może i tak!
— A ino!
— No, a jakże z nami będzie, co nam nie popłacił?
— Z wami?... Jeszczeby on was swoją nędzą karmił i poił przez cały rok. Jak sprzeda folwark, to wam zapłaci.
— Zawdy my tu niedługo chyba popasiemy?...
— To inna rzecz, a tamto inna rzecz. Kto chce iść, niech idzie gdzie mu lepiej, a ja przy dziedzicu zostanę.
To rzekłszy, Jędrzej wyprostował się leniwie i powlókł do stajni, nie patrząc nawet na radzących.
Parobcy spojrzeli po sobie.
— Szczeka, czy gada prawdę? — spytał jeden.
— Co ma szczekać! Pójdzie wszędy za dziedzicem, jak woźnica za wozem, bo wie, że mu tamten krzywdy nie zrobi.
— Jużci prawda!... Abo to jemu żona, abo dzieci? Stary sam jak palec, jeżdżą sobie we dwóch, piją arak i spekulują na dziewki, gdzie się uda.
Ponieważ gospodyni księdza dziekana rzeczywiście w upłynionym tygodniu umarła, klucznicą więc Kiwalska, ze łzami wprawdzie i zaklęciami, ale nader stanowczo podziękowała pani za służbę. Twierdziła ona, że kocha cały dom bez pamięci, że pewno umrze z tęsknoty, gdy się oddali, ale że religijny obowiązek nakazuje jej pójść do księdza dziekana, którego niegodziwe służące zamorzyłyby głodem. Dodała wkońcu, że nawet nie śmie przypominać o należnych jej zasługach, ale wierzy w to, jak w świętą Ewangelją, iż państwo krzywdy jej nie zrobią.