Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 03.djvu/051

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie byłoby w tem nic złego — wtrąciła z uśmiechem. — Szmul jest kasjerem pana, ja więc mogłabym ten urząd pełnić przy pani.
— Zapewne! — odparł dziedzic, lekko marszcząc brwi — choć nie sądzę, aby mogło się to dziać bez uszczerbku dla Anielci.
Anielce o mało że łyżeczka z rąk nie wypadła.
Ot i dziś — mówił dalej — znalazłem ją na publicznej drodze...
— Anielkę?... — spytała razem matka i guwernantka.
— Tak, ją. Na szczęście nie samą. Towarzyszyła jej córka tego zbója, Gajdy, i — prosię...
— Anielce... — szepnęła matka.
— Widzi więc pani — ciągnął, zwracając się z uśmiechem do guwernantki — na co jest narażona moja córka, nawet obecnie, gdy pani jeszcze nie raczy zajmować się kasą... Szuka sobie stosunków między pastuszkami i prosiętami...
Panna Walentyna, słuchając tego, była szaro-niebieska.
— Ha! któż wie — odparła z wymuszonym chłodem — czy stosunki te nie przydadzą się jej kiedy...
— Z prosiętami?
— Z dziećmi ludu. Dotychczas była moda, że panowie przyjaźnili się tylko z Żydami, a do czego to ich doprowadza, widzimy niekiedy. Może więc następne pokolenie z konieczności zbliży się do chłopów...
Panu usta drgały, ale pokrył to uśmiechem.
— Panna Walentyna jest zapaloną demokratką — odezwała się szybko przerażona pani. — Obok tego jednak Anielka tyle przy niej korzysta...
— Nie wszyscy zdają się to rozumieć! — wtrąciła półgłosem guwernantka, patrząc prosto w oczy panu, wbrew zwykłej skromności.
Triumfowała, pewna, że teraz przynajmniej jest zabezpieczoną od nagabań strasznego zdobywcy serc.