Przejdź do zawartości

Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

 Nie uciekał przede mną. Stanął i wskazując żółtą rączyną na las, odparł cicho:
 — Het! het!...
 — Niedługo będzie noc, wracaj do domu.
 — Kiej mnie matula strasznie chcą zbić...
 — Chodź ze mną, to cię nie zbije.
 — O, zbije!...
 — No, chodź, zobaczysz, że nic ci nie zrobi — rzekłem, zbliżając się do niego.
 Chłopak cofnął się, ale nie uciekał; zdawało mi się, że się waha.
 — No, chodźże...
 — Kiedy boję się...
 Znowum się zbliżył, a on znowu się cofnął. To wahanie się i cofanie obdartego chłopca zniecierpliwiło mnie. Tam Lonia czeka na jagody, a on targuje się ze mną o powrót?... Nie mam na to czasu.
 Prędko poszedłem ku folwarkowi. Byłem chyba w połowie drogi do domu, gdym odwrócił głowę i zobaczyłem Walka na wzgórku pod lasem. Stał ze swym kijem w ręku i patrzył na mnie. Wiatr powiewał szarą koszuliną, a podarty kapelusz, w promieniach zachodzącego słońca, błyszczał mu na głowie jak ognisty wieniec.
 Coś mnie tknęło. Przypomniałem sobie, jak go namawiali parobcy, ażeby wziął kij i poszedł w świat. Czyżby?... Nie, on przecie taki głupi nie jest. Zresztą nie mam czasu wracać do niego, bo pogniotą mi się jagody, a tam Lonia czeka...
 Pędem przybiegłem do domu, chcąc przesypać jagody do koszyka. Na progu Zosia powitała mnie — rzewnym płaczem...
 — Co to jest?...

 — Nieszczęście — szepnęła siostra. — Wszystko się wydało... Tatko stracił miejsce u pani...