Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z pałacu, a rosły wysokie pokrzywy i łopian. Wystawałem tam całe kwadranse poto, żeby uchwycić kilka niewyraźnych frazesów, łoskot bucików na ścieżce i zobaczyć migającą sukienkę Loni, gdy skakała przez sznur.
Za chwilę wszystko milkło w parku, i wtedym czuł piekący żar słońca i słyszałem nieskończony brzęk much, unoszących się nad śmietniskiem. Potem znowu dolatywały mnie odgłosy śmiechów i gonitwy, przed szczeliną w parkanie migały sukienki, a potem znowu górował szmer drzew, świergot ptaków, gorąco, i natrętne muchy właziły mi prawie w usta.
Nagle rozległ się głos od pałacu:
— Lonia!... Zosia!... proszę do pokoju...
To guwernantka. Znienawidziłbym ją, gdyby mi nie było wiadomo, że jej także smutno.
Podczas jednej z wycieczek pod parkan przekonałem się, że nie jestem sam. Z pagórka zobaczyłem, między zielonym gąszczem łopianu, szary ze starości kapelusz słomiany, przez wierzch którego widać było jasno-płową czuprynę, bo kapelusz nie miał dna.
Gdym postąpił kilka kroków w tamtą stronę, czupryna i kapelusz podniosły się nad łopian, i ukazał się siedmio, a może ośmioletni chłopiec, w długiej ale brudnej koszuli, zaściegniętej pod szyję na sznurek. Przemówiłem do niego, ale chłopiec zerwał się i uciekł, szybko jak zając, w stronę pola. Czerwony kołnierz mego munduru i posrebrzane guziki robiły wogóle silne wrażenie na wiejskich dzieciach.
Zwolna odszedłem w stronę folwarku, a w miarę tego chłopiec zbliżał się do parkanu. Gdym się ukrył za budynkiem, on wlazł na śmietnik i przyłożył oko do tej samej szczeliny, przez którą ja zaglądałem w ogród. Wątpię bardzo, ażeby co widział, ale wciąż patrzył.
Gdy na drugi dzień przyszedłem na stanowisko, ażeby śledzić zabawę panienek, znowum spostrzegł między łopianem szary kapelusz, nad nim jasno-płową czuprynę, a pod