Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


że jeżeli kiedy, to chyba dzisiaj spotka mnie śmierć gwałtowna. Spaliłem oborę, zepsułem klucz od spichrza; siostra płacze, cala służba stoi w komplecie przed pałacem, cóż to więc znaczy?... Patrzyłem tylko, czy kucharz ma swoją fuzją? — do jego bowiem obowiązków należało strzelanie zajęcy, tudzież śmiertelnie chorych zwierząt domowych.
Przyprowadzono mnie do samej pani hrabiny. Ona spojrzała na mnie smutnemi oczyma, a ja, założywszy ręce wtył (jak to zwykłem był machinalnie czynić w obecności ojca), zadarłem głowę dogóry, bo pani była wysoka.
W taki sposób przez kilka chwil przyglądaliśmy się sobie. Służba milczała, a w powietrzu czuć było spaleniznę.
— Zdaje mi się, panie Leśniewski, że ten chłopczyk jest bardzo żywego usposobienia? — rzekła melodyjnym głosem pani hrabina do mego ojca.
— Łajdak!... podpalacz!... zepsuł mi klucz od śpichrza! — odparł ojciec, a potem prędko dodał:
— Upadnij do nóg pani hrabinie, ty łotrze!...
I lekko popchnął mnie naprzód.
— Macie mnie zabić, to zabijcie, ale ja tam nikomu nie będę padał do nóg! — odpowiedziałem, nie spuszczając oka z pani, która zrobiła na mnie dziwne wrażenie.
— Chy!... Jezu... — jęknęła zgorszona Salusia, składając ręce.
— Uspokój się, mój chłopczyku, bo tu nikt nie zrobi ci krzywdy — rzekła pani.
— Aha! nikt... Niby ja nie wiem, że mi strzelicie w łeb... Przecie mi to obiecał organista! — odparłem.
— Chy!... Jezu... — zawołała po raz drugi klucznica.
— Hańbi moją starość! — odezwał się ojciec. — Trzy skórybym z tego gałgana zdarł i posolił, żeby go pod swoją obronę nie wzięła pani hrabina.
W rogu tarasu stojący kucharz zasłonił usta ręką i śmiał