Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie śmiem odradzać, ale boję się, ażeby ten krok nie zepsuł całych układów...
Od gościńca zaleciał turkot wozu. Adwokat spojrzał w okno i z oznakami wzruszenia zawołał:
— Panie... bodaj czy już nie za późno...
— Co pan mówisz?...
— Jedna fura pojechała...
— Kiedy nie mam pieniędzy...
— Przyszlę panu arendarza... Aby tylko nie wyszedł gdzie...
— Dam sto rubli!... — mówił pan Dudkowski.
— Nanic, panie!... Żałuję, żem się do tego wmieszał.
— Sto pięćdziesiąt...
— Oho! jedzie druga fura.
Istotnie, otoczony obłokami kurzu, przemknął na gościńcu drugi wóz.
— Ha, więc idź pan po arendarza — mruknął pan Dudkowski stłumionym głosem.
Adwokat wybiegł, a we drzwiach ukazała się Małgorzata.
— Ach, panie!... ach, panie!... — zawołała — jak oni pana obdzierają!... A co na to pani powie?...
— Głupia jesteś! — krzyknął pan Dudkowski — więc lepiej, żeby mnie wywieźli?... Podsłuchujesz mnie!... — dodał z gniewem.
Zacna kobieta zalała się łzami.
— Oto zapłata za wierną służbę! — mówiła, łkając. — Ja jestem głupia, dlatego, że pan traci pieniądze... O, Boże! teraz żyć nie warto, ani służyć... Ale kiedym się już tak uprzykrzyła panu, więc dobrze... Dziękuję za służbę i zaraz dziś pójdę, gdzie mnie oczy poniosą, ażeby już nie patrzeć na takie gospodarstwo.
— A leć na złamanie karku! — mruknął pan, który czuł w sercu dwieście obosiecznych sztyletów.
Boleść dobrej sługi, jej szlochanie i trzaskanie drzwiami nie dadzą się opisać.