Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zbrojnej, otyły, spotniały, z szablą, zaplątaną między rzemienie, z rewolwerem w olstrze, pytając: co się stało?
Pan Dudkowski otworzył i zamknął szufladę stolika, a potem długo i życzliwie uścisnął dłoń przybyłego, mówiąc:
— Mój panie drogi, co ja tu mam zgryzot...
— No, to się załatwi. Cóż takiego?
— Z gminy nasłali mi jakąś egzekucją...
— Jedną?... No, to pan zapłaci, co się należy.
— Krowę mi aresztowali...
— Była w szkodzie. No, ale to nic. Pan ich wynagrodzi za straty i oddadzą.
— A najgorsza rzecz, że jakieś łotry okradają mi ogród...
— Tak, tu nie brakuje złodziei. Ja sam po całych dniach biegam za nimi, ale cóż... Ja pójdę za tymi, co włamują się do domów, a inni tymczasem okradają stajnią...
— Ten ogród — mówił pan Dudkowski — to cała moja przyjemność, to moje zdrowie...
— Bieda!... — westchnął strażnik.
— No, i co tu robić?
Wachmistrz zamyślił się.
— Najpierwej trzeba go dobrze ogrodzić. Potem, ja im surowo zakażę, żeby tu nie wchodzili. No, a potem — jak pan złapie którego, to niech go pan skarci domowym sposobem, tak we cztery oczy...
— A możeby zapozwać łotra do sądu?... — zapytał pan Dudkowski, z miną człowieka, który zrobił wielki wynalazek.
Wachmistrz pokiwał głową.
— Widzi pan — rzekł — ja zaraz poznałem, że pan jest człowiek rozumny i umie z ludźmi rozmówić się po ludzku. Więc radzę, niech pan da pokój z procesami. Do policji owszem. Policja to jak rodzona matka, ona pana wysłucha, tamtemu da odrazu w zęby, i on się uspokoi. Ale jak pan wystąpi z procesem, a jeszcze dostanie się w ręce tutejszym adwokatom, no — to bądź zdrów!