Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


świeże powietrze, mleko, szczególniej kwaśne, i owoce, słowem — wieś i odpoczynek.
Teraz — wieś, odpoczynek i odzyskanie sił stały się zmorami nieszczęśliwego właściciela kamienicy. Nie dawały mu spać, chodziły za nim po wszystkich piętrach domu, przeszkadzały w zapisywaniu meldunków, myliły mu preferansa. Wkońcu tak zatruły mu życie, że przeczytawszy na wiosnę ogłoszenie o „posiadłości ziemskiej w pięknem położeniu, z ogrodem i budowlami, w sąsiedztwie drogi żelaznej“ zaciągnął trzy tysiące rs. pożyczki na osiem procent i bez targu — kupił folwarczek.
W parę tygodni wysłał tam kucharkę Małgorzatę, we dwie doby po niej wyjechał sam, nie spotkawszy ze strony małżonki najmniejszego oporu. Owszem, zrobiła nawet uwagę, że już od pięciu lat powinien był zacząć kuracją, co, mówiąc nawiasem, zasępiło mu ostatnie godziny pobytu w Warszawie.
Oparty w kącie wagonu i pogrążony we wspomnieniach, ani spostrzegł pan Dudkowski, że pociąg przejechał już dwie stacje. Dopiero głos konduktora, zwiastującego zbliżanie się do celu podróży, obudził go.
Jednocześnie zerwał się z kanapki i jego towarzysz.
— Co to?... — zawołał, z trudnością podnosząc obrzmiałe powieki.
— Dojeżdżamy do mego folwarczku — objaśnił uprzejmie pan Dudkowski. — Ciekawym, czy też Małgorzata spodziewa się mnie? — mówił jakby do siebie, zdejmując walizkę i torbę. — Żegnam pana komisarza dobrodzieja!...
Obaj panowie ukłonili się sobie, a zostający w wagonie podróżny mruknął:
— Bardzo szkoda, że pan nie gra w karty!...
Potem wydobył z pod siedzenia swoją butelkę i nie pierwej odjął ją od ust, aż pan Dudkowski wysiadł z wagonu.