Strona:PL Bolesław Prus - Placówka.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jezu! Jezu!... — jęknął chłop. Wyrwał się jej z rąk i zatkał uszy.
— Sprzedasz? sprzedasz?... — pytała, zbliżając swoją twarz do jego twarzy.
Ślimak potrząsnął głową i rozłożył ręce.
— Niech się co chce dzieje — odparł — nie sprzedam.
— Choćbyś miał zdechnąć na barłogu?
— Choćbym zdechł.
— Tak ci Boże dopomóż?...
— Tak mi Boże dopomóż i niewinna męka Jego...
Ślimakowa zachwiała się. Mąż pochwycił ją wpół i prawie zaciągnął do stajenki, gdzie spali dwaj parobcy Hamera.
Chłop posadził żonę na progu, a sam począł bić pięściami we drzwi.
— Kto tam? — zapytano rozespanym głosem.
— Otwórzta!... Wstawajta!... — odparł Ślimak.
Jeden z parobków otworzył drzwi.
— To wy, Ślimaku? — rzekł zdziwiony, owijając się kożuchem.
— Idźta na swoją kolonję, bo muszę tu kobietę ułożyć.
Parobek zaczął drapać się po kudłatej czuprynie.
— Kpicie, czy co?... Przecie ten grunt już nie wasz...
— Ino czyj?... — wrzasnął rozgniewany chłop i ująwszy go za piersi, wyciągnął na podwórze.
— Poszły!... — dodał, usuwając się drugiemu parobkowi, który, z butami w rękach, opuszczał stajenkę.
Wygnani, mrucząc, poczęli się ubierać; Ślimak wziął żonę na ręce i ułożył ją na ciepłym jeszcze barłogu. Kobieta ciężko dyszała.
— Będzie z tego interesu proces! — odezwał się starszy parobek. — Tak nie można oszukiwać ludzi. Stary na wasze słowo sprowadził Knapa, żonę wam jak należy opatrzył, a wy po nocy od kontraktu uciekacie. Uczciwy z was kupiec!...
— Pewno Gede go podjudził — wtrącił drugi parobek.